Jesteś
najlepszym polskim skoczkiem narciarskim. Co czuje 19-letni zawodnik,
gdy czasami mówi się o nim, nie Adam z Kopydła, ani Adam z Wisły, lecz
Adam - najlepszy z Polski albo najlepszy z Europy, bo dla mówiących
te słowa Wisła, a nawet Polska, to zbyt szczegółowe odniesienia?
Bywam
w sytuacjach, gdy o Polsce wie się bardzo mało i wtedy rzeczywiście jestem
Adamem z Europy. Można wpaść w zarozumiałość, ale myślę, że mi to nie
grozi. Ja pamiętam, że jestem z Polski, z Wisły, z Kopydła i tyle! Zresztą
nie zamierzam kiedykolwiek się przeprowadzać, dla mnie najpiękniej jest
na Śląsku Cieszyńskim, najlepiej w Wiśle...
To
się nazywa patriotyzm lokalny. Jesteś członkiem Luterańskiej Organizacji
Sportowej w RP, ale jak na razie widzieliśmy cię tyko podczas letniej
olimpiady w Skoczowie, w zeszłym roku.
Tak
było. Jestem strasznie zajęty, mam wypełniony czas: starty, treningi,
zgrupowania, podróże. Latem jestem mniej zajęty. Zimą spotkać mnie w domu
to prawie cud!
No
właśnie, podobno bywasz w domu w sumie nie dłużej niż trzy tygodnie,
przez cały sezon zimowy, a gdy przeprowadzaliśmy III Zimową Olimpiadę
Młodzieży Ewangelickiej w twojej rodzinnej Wiśle, ty skakałeś i wygrywałeś
turnieje w Japonii.
Dokładnie
tydzień przed zimową olimpiadą ewangelicką wygrałem w Sapporo. Drugie
zwycięstwo uzyskałem w czasie jej trwania, w niedzielę 26 stycznia na
dużej, olimpijskiej skoczni w Nagano, a dokładniej w Hakubie.
Wtedy
na starcie slalomu giganta w Malince stanął twój ojciec, Jan Małysz.
Przejechał trudną trasę "Zielonego" w dobrym stylu, mimo swego wieku
- 44 lat. Co możesz powiedzieć o rodzinnych tradycjach sportowych?
Wiem,
że na nartach dobrze jeździł i skakał mój dziadek, Andrzej Szturc. Wujek
Janek Szturc był bardzo dobrym reprezentantem Polski w kombinacji norweskiej.
Tata skakał, biegał i zjeżdżał, starsza siostra Iwona Pilch bardzo dobrze
biegała, Alicja Brudny także, podobnie jak kuzynka - Asia Małysz.
Zresztą
to swemu wujowi, a zarazem pierwszemu trenerowi zawdzięczasz bardzo
wiele.
Dokładnie
tak! Mój wujek, Jan Szturc, trenował mnie w klubie KS "Wisła" w kombinacji
norweskiej, ale szybko zauważył, że jestem zbyt dobry w skokach, zbyt
słaby w bieganiu, by dalej to kontynuować. Ukierunkował mnie na skoki
i to było to! Teraz nie tracę sił na trudne dla mnie bieganie. Skaczę,
skaczę i to mi odpowiada.
Ważysz
chyba niewiele?
Ważę
55 kg, co przy 169 cm wzrostu jest konieczne do utrzymania, by mieć osiągnięcia.
Bardzo lubię latać na nartach i chciałbym robić to jak najdłużej.
Proszę,
powiedz jak to jest na samym początku, z pierwszym treningowym skokiem.
Kiedyś przecież musi być ten pierwszy lot w nieznane?
Rozpoczyna
się od małych skoczni i potem stopniowo do tych największych. Strach zawsze
jest, choć doświadczenie i duża ilość wykonanych skoków bardzo pomagają
w pokonywaniu strachu.
Myślę,
że my ludzie z nizin, nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, co to znaczy
skakać na dwóch śliskich "deskach" po śliskim śniegu! Nie znamy tego
ogromnego, niebywałego obciążenia fizycznego towarzyszącego treningom.
Ta dyscyplina wymaga nie tylko odwagi, ale także ogromnego nakładu pracy.
Treningi
są bardzo trudne, jeśli się chce mieć wyniki i traktuje całą sprawę poważnie.
Miałem ostatnio spore kłopoty z przeciążeniem mięsni nóg. W porę wyleczył
mnie wspaniały doktor Jerzy Podżorski ze Szpitala Reumatologicznego w
Ustroniu.
Jesteś
na szczycie skoczni, siedzisz na tym drążku - ławeczce, czekasz na sygnał,
za chwile pomkniesz z ogromną szybkością po rozbiegu, potem bardzo ważne
wybicie z progu i lot. Co czujesz tuz przed startem?
Modlę
się, myślę o Bogu, proszę, by miał mnie w opiece. Zresztą wszyscy koledzy
z reprezentacji robią to samo. Jestem jedynym ewangelikiem stąd było dużo
pytań, czym się różnimy, a co mamy wspólnego. Dla mnie pewne formy pobożności
też były zupełnie nowe.
Wychowałem się w ewangelickiej Wiśle i mało co
wiedziałem o katolickim żegnaniu się, zmawianiu różańca... Pamiętam, jaki
to był szok gdy po raz pierwszy z nimi wygrałem i zdziwienie, ze Bóg stanął
po stronie ewangelika, czy to możliwe!
Do
kadry reprezentacji narodowej trafiłeś bardzo wcześnie. Miałeś chyba
16 lat. Jak wspominasz te doświadczenia?
Pamiętam,
to było trudne. Ta ogromna presja otoczenia, oczekiwania i lęk, by nie
zawieść trenerów, rodziny. Dopiero po pewnym czasie stałem się znowu normalny.
Jaka
jest twoja recepta na sukces? Pytam w imieniu młodych ewangelików, twoich
wiernych kibiców, potencjalnych skoczków, narciarzy i nie tylko...
Przede
wszystkim nie bać się, nie bać się samego strachu i nie bać się słabszego
wyniku. Nie wolno za dużo chcieć, bo wtedy nie wychodzi. Nie na siłę!
Oczywiście, gdy skaczę wyluzowany, to wtedy wygrywam. Nie można być też
niewolnikiem sukcesu, sukces ponad wszystkim i przede wszystkim. Jest
ważny, ale nie najważniejszy! Poza tym uważam, że np. palenie to czysta
głupota i strasznie smutne uzależnienie. Trzeba porządnie żyć. Nie rozumiem,
nie uznaję tzw. "imprezowania".
Na
przełomie kwietnia i maja odbędzie się kolejna, IX Letnia Olimpiada
Młodzieży Ewangelickiej tym razem w Gliwicach. Może uda ci się wystartować
w reprezentacji swojej parafii - Wisły-Głębce?
Jeszcze
cztery lata temu grałem w klubie, jako napastnik w reprezentacji piłki
nożnej, ale od tej pory nie mam czasu. Jeśli będę wtedy w kraju chętnie
pokibicuję swoim.
Życzę
dalszych sukcesów w Pucharze Świata i za rok w Olimpiadzie Zimowej w
Nagano oraz byś mógł być przykładnym sportowcem dbającym o duszę i ciało.
rozmawiał
ks. Roman Pawlas
pierwsze
publikacje: "Zwiastun" - dwutygodnik ewangelicki, nr 5 z 9.03.97
oficjalny Informator IX LOME, Gliwice 1997
|