rozmowy, wywiady, wspomnienia...

zamknij okno

 

Rozmowa z Andrzejem Brańczykiem

 

   Z Twoich sukcesów, jakie osiągasz na naszych sportowych olimpiadach można wywnioskować, że jesteś bardzo wysportowanym człowiekiem. Za pewne wszystkim uczestnikom ubiegłorocznej olimpiady utkwiła mocno w pamięci Twoja "złota seria" na gliwickiej pływalni.

   Zdobyłem wtedy wszystkie cztery złote medale, jeden po drugim. Lubię pływać, jestem ratownikiem wodnym. Właściwe to pływam latem i zimą, w ciepłej i lodowatej wodzie, mam na myśli Klub Morsów w Jastrzębiu Zdroju. Zresztą jest to jedyny klub do którego należę.

   Wprost nie chce się wierzyć. Dlaczego masz taki stosunek do zorganizowanych form uprawiania sportu?

   Nigdy nie chciałem się graniczyć do jakiejś jednej dyscypliny sportowej, moim ideałem była wszechstronność, na uwadze miałem zdrowie.

   Patrzę na Ciebie, trudno przypuszczać, byś miał jakieś problemy ze zdrowiem.

   Problemów nie mam, ale moja przygoda ze sportem rozpoczęła się dosyć śmiesznie i dziwnie, dopiero w trzeciej klasie liceum ogolnokształcącego w Wodzisławiu Śląskim. Pamiętam jak pani Matyjasik zachęcała nas do uprawiania sportu. Poleciła gazetę "Żołnierz Polski" a właściwie propagujące sport artykuły. Jeden z nich miał tytuł: Jak być pięknym, sprawnym i silnym. A ja byłem raczej mały, słaby i chory, wiec zacząłem od kulturystyki i pływania. Szybko, ale harmonijnie osiągnąłem przyrost trzydziestu kilogramów. Zniknęły problemy ze skoliozą, zacząłem uprawiać gimnastykę i narciarstwo - oczywiście zjazdowe i biegowe. Potem doszedł rower górski, hokej, tenis stolowy. Uprawiam wiec wiele dyscyplin i uważam, że specjalizacja w sporcie bardzo ogranicza i organizmowi prawie zawsze szkodzi.

   I właśnie dlatego bronisz się przed tzw. profesjonalizmem?

   Chyba tak. Należąc do klubu, jakiejś drużyny byłbym do wyłącznej dyspozycji trenera. Wielu kolegów ma mi za złe, że mając takie wyniki stronie od tego wszystkiego.

   No właśnie! Startujesz jako niezrzeszony i wygrywasz zawody!

   Startuje w prawdziwych maratonach, np. trzykrotnie w warszawskim Maratonie Pokoju. Byłem mistrzem biegu na orientacje, mistrzem Polski w triatlonie.

   Jeśli triatlon, to znaczy, że jesteś "iron's man". Prawdę powiedziawszy, dzięki Tobie, i mnie udało się być mistrzem olimpijskim, gdy wygraliśmy na jeziorze Gielądzkim w Sorkwitach wyścigi dwójek w kajakach. Ale wracając do Ciebie, prezentujesz ciekawą linię myślenia i jawisz się jako swoisty człowiek renesansu trudno Cię zaszeregować, trudno ograniczyć. Startujesz na naszych olimpiadach letnich, startujesz na zimowych.

   Zawsze z przyjemnością.

   Pamiętam, że startowałeś także w biegach przełajowych, na dystansy 100m, 800m, ringo itd.

   W naszych olimpiadach startuję co roku od Sorkwit '92 do teraz, także chyba dwa razy w zimowych i absolutnie nie myślę o sportowej emeryturze.

   Skąd u Ciebie to wszystko? Czy miałeś jakieś wzorce w rodzinie?

   Raczej nie. Mama zawsze bała się o mnie, że za dużo ćwiczę, że się coś stanie. Uspakajałem. Jak zacząłem studiować na AWF-ie w Krakowie, powoli uznawała moją wiedzę. Skończyłem studia ze specjalnością rekreacji, bo uważam, że jest to ważne. W moje ślady poszedł młodszy o jedenaście lat brat, Artur, który obecnie kończy AWF w Katowicach. Chciałbym jeszcze wspomnieć mego ojca Józefa, który prawdziwie kochał turystykę.

   Mieszkasz w Mszannej miedzy Wodzisławiem a Gołkowicami w bezpośredniej bliskości kopalni, czyli tam, gdzie się ciężko pracuje i oddycha. Stąd zrozumiałe Twoje poglądy. Czy masz jakieś niezrealizowane jeszcze sportowe marzenia i cele?

   Rekreacja i sport dla zdrowia to coś czym chcę skutecznie zarazić moje otoczenie i podopiecznych w szkole. A marzenie - to paralotnia.

   Zatem życzę spełnienia.

rozmawiał ks. Roman Pawlas, 24.05.1998 roku
 
rozmowy, wywiady, wspomnienia...