|

Rozmowa
z Piotrem Wiewiórą
Minęła
już jubileuszowa Olimpiada Młodzieży Ewangelickiej, ogromne organizacyjne
przedsięwzięcie. Powoli opadają emocje. Z ramienia Luterańskiej Organizacji
Sportowej byłeś głównym gospodarzem imprezy. Jak dzisiaj już po wszystkim
odpowiedziałbyś na pytanie: Czy byłeś świadomym złożoności tej imprezy,
gdy przejmowałeś 4. maja 1997 roku naszą flagę olimpijską przy zakończeniu
IX Olimpiady w Gliwicach?
Tak, byłem
świadomy, ponieważ od dawna jeżdżę na olimpiady. Widziałem z bliska rozwój
ruchu sportowego w naszym Kościele, a w ostatnich latach - z ramienia
LOS-u, starałem się, na miarę swoich możliwości, pomagać w organizowaniu
kolejnych imprez. Zresztą właśnie dlatego, że większość z nas była świadoma
wielkości i złożoności jubileuszowej Olimpiady, przygotowania do niej
trwały rok. Wiedzieliśmy, że musi to być impreza przemyślana, przygotowana,
bezpieczna, z jubileuszowym rozmachem.
Co sprawiło
Ci najwięcej radości, co największą trudność, a co najbardziej zaskoczyło
w czasie przebiegu Olimpiady?
Najwięcej
radości chyba każdemu organizatorowi sprawia widok dobrze bawiącej się
młodzieży. Około tysiąca młodych ludzi przyjechało do Bielska-Białej,
żeby być z sobą, poznawać się, rywalizować sportowo, słuchać Słowa Bożego,
śpiewać pieśni, itd. Staraliśmy się zapewnić to wszystko i mam nadzieję,
że generalnie nam się to udało. Warto podkreślić, że w Bielsku nie została
rozbita ani jedna szyba, nie było żadnych przypadków umyślnego niszczenia
mienia. Świadczy to o tym, że nasza młodzież jest kulturalna, zdyscyplinowana,
umie się "zachować na poziomie", nawet bez specjalnego pilnowania.
To wszystko musi cieszyć.
Największą trudność sprawiało mi egzekwowanie od współorganizatorów wykonania
powierzonych im zadań. W trakcie trwania olimpiady u wszystkich narastało
zmęczenie, niektórzy chcieli, ale już nie byli w stanie pomóc, inni choć
mogli.... Impreza jednak musiała trwać dalej. Nikt nie mógł sobie pozwolić
na kaprysy. Musiałem nieraz podnieść głos, użyć ostrych słów, czasem pod
adresem swoich dobrych znajomych, czasem do ludzi starszych ode mnie o
pokolenie. To było trudne, ale innego wyjścia nie mięliśmy.
Było kilka rzeczy zaskakujących. Chyba najbardziej zaskoczyła mnie pogoda.
Tego co stało się w sobotę, nikt nie mógł przewidzieć. Lało tak mocno,
że zaczął przeciekać dach szkoły i hali sportowej. Kilka osób musiało
przez cały dzień bez przerwy wycierać parkiet. Rozgrywki tenisa ziemnego
zostały zredukowane z siedmiu kortów KKS "Kolejarz" do dwóch
na hali. Około południa odebrałem dramatyczny telefon z Jaworza wzywający
aktualnie grających siatkarzy do powrotu i ratowania domów zalewanych
przez powódź. Musieliśmy przerwać turniej, minutowy program dnia "zaczął
się sypać". Przez chwilę pomyślałem, że nie damy rady i za moment
wszystko pogrąży się w chaosie. Popołudniu siatkarze jednak wrócili (oczywiście
o żadnej dyskwalifikacji nikt nawet nie pomyślał), uruchomiliśmy jeszcze
jedną halę, na którą awaryjnie woziliśmy zawodników osobowymi samochodami
i zaczęliśmy gonić program. Udało się! Chłopcy z Jaworza zostali ostatecznie
wicemistrzami, ale szczerze mówiąc, nie chciałbym czegoś takiego przeżyć
ponownie.
Jesteś
studentem Politechniki Warszawskiej, ewangelickim działaczem sportowym
i czynnym zawodnikiem. W czerwcu br. musiałeś pogodzić to wszystko. Jak
Ci się to udało?
Sam
nie wiem. O znaczących wynikach sportowych, zresztą nie tylko moich, także
wszystkich innych organizatorów, nie mogło być mowy. Po prostu nie mięliśmy
ani czasu ani sił. Przez pięć dni trwania olimpiady schudłem o 4 kg, więc
o czym tu mówić! Oczywiście stanąłem na starcie nie mając szans na zwycięstwo.
To nie jest przecież sport wyczynowy. Jeśli zaś chodzi o uczelnię, Olimpiada
wypadła pomiędzy końcem semestru, a sesją. Egzaminy zdawałem kiedy już
było po wszystkim. Spóźniłem się parę dni, straciłem kilka terminów, ale
ogólnie skończyło się szczęśliwie.
Piotr Wiewióra został stypendystą studiując w roku akademickim 1998/99
na Uniwersytecie w Louvain w Belgii.
rozmowa
przeprowadzona 5.09.1998 r.
przez ks. Romana Pawlasa
|