rozmowy, wywiady, wspomnienia...

zamknij okno

 

Rozmowa z przewodniczącym Luterańskiej Organizacji Sportowej w RP,
księdzem Romanem Pawlasem

Co według księdza jest najcenniejsze w działalności LOS-u ?
   
Jest wiele takich cennych spraw. Przede wszystkim to, ze LOS nie tylko uruchomił płaszczyznę oryginalnej współpracy, rywalizacji parafialnej, może czasami diecezjalnej Kościoła ewangelicko-augsburskiego, ale to, ze wyznaczył - może dziwną, bo sportową - płaszczyznę wymiernego porównywania pracy młodzieżowej, pracy z dziećmi w poszczególnych parafiach. Osób niepełnosprawnych na szczęście mamy w Kościele niewiele, wiec nie wierzę, że są takie parafie, gdzie dzieci i młodzież to wyłącznie osoby niepełnosprawne, że istnieje jakaś grupa młodych ludzi zupełnie niewrażliwych na sprawy sportowe. Wszędzie są chętni, tylko nie wszędzie chce się podjąć tematykę sportową. Mówiąc uszczypliwie, w jakiś sposób rozumiem takie postawy, bo aktywność sportowa każdej parafii wymaga dużego nakładu pracy, prawie zawsze duszpasterza, szukania finansów, organizacji treningów, transportu, itd. To właściwie jedyne wytłumaczenie, że jeszcze nie mamy przy wszystkich parafiach kół sportowych. Wielka szkoda, bo ignorowanie tej niebywale atrakcyjnej formy oddziaływania, czy nawet skupiania i przyciągania młodych przynosi negatywne żniwo.

Ale proszę zauważyć, że nasz Kościół liczebnie jest bardzo zróżnicowany. Są tereny, gdzie jakaś parafia maże mieć więcej członków aniżeli gdzie indziej cala Diecezja.
   Ależ oczywiście. Parafie są bardzo rożne. Wiem ze istnieje pewien "próg wydolności młodzieżowej", poniżej którego nic, albo prawie nic się nie udaje. LOS od samego początku liczył się z taką sytuacją. Wciąż stwarza szeroką możliwość rywalizacji w dyscyplinach indywidualnych. Kiedyś ringo dla tej przyczyny interpretowane było jako dyscyplina drużynowa, by niewielkie trzyosobowe mieszane składy mogły wywalczyć większą ilość punktów do klasyfikacji końcowej. Kto wie czy nie powrócimy do tej praktyki.

Zapewne warto. Zna ksiądz emocje, jakie wywołują w Kościele Olimpiady?
   Oczywiście, jest ich wiele. Po pierwsze jest to normalne, bo to jest przecież rywalizacja sportowa. Są głosy, że to za duża impreza, że trzeba rozbudować system eliminacji diecezjalnych lub regionalnych, by zmniejszyła się liczba uczestników itd. Wiem, że takie eliminacje są przeprowadzane na płaszczyźnie parafii, by sprostać narzuconym regulaminowo limitom. Ale już wyżej? Przecież młodzież chce uczestniczyć nie tylko w eliminacjach, ale przede wszystkim w Olimpiadzie. Na to czeka się cały rok, lub ostatnio dwa lata.

No właśnie, mówi się, że to za rzadko, że kiedyś było lepiej, bo co roku.
   Kiedyś olimpiady byty zdecydowanie mniejszym przedsięwzięciem, wtedy było znacznie prościej. Przecież LOS to nie tylko olimpiady, zapraszamy na zawody, turnieje, nawet międzynarodowe. Obecnie, od kilku lat Olimpiady Letnie to największe i najtrudniejsze imprezy organizowane w obrębie Kościoła ewangelickiego. Ale wracając do listy zarzutów: np. że stosujemy tylko dwie kategorie wiekowe. Trudno! Tam gdzie organizacyjnie jest to możliwe, od lat stosujemy nawet dziesięć kategorii wiekowych - na Olimpiadach Zimowych. Na Letnich musza pozostać tylko dwie. Dyskutowana jest tez granica wieku, rozróżniająca kategorie. Jesteśmy tutaj otwarci na sensowne propozycje, póki co, po konsultacjach w działaczami sportowymi, fizjologami i trenerami przyjęty przez nas podział wydaje się być optymalny.

Przypomnijmy, jest to szesnasty rok życia.
   Około, bo dla precyzji zgłoszeń trzymamy się jakiejś dokładnej daty urodzenia. Dla Olimpiady 2003 roku była to data urodzenia 1.01.1987. Nie możemy też teraz bez dużego wyprzedzenia zmienić tej granicy, bo trenujący w parafiach kalkulują co do składów drużyn, obsady dyscyplin na następną olimpiadę. Musimy być poważni.

Gdzieniegdzie słychać głosy, że powinna być podana górna granica wieku dla startujących.
   Uważam to za nieporozumienie, np. na zimowych olimpiadach startują pięciolatki i siedemdziesięciolatkowie. W gruncie rzeczy nie chodzi o wyczyn a integracje, zdrowy styl życia, fizyczną mobilizację. Dla bezpośredniej rywalizacji wiek zawodnika oczywiście ma znaczenie, ale przy sposobie prowadzenia rozgrywek, skutecznie uciekamy przed kontuzjami, faulami i praktycznie ci najlepsi jeśli nie muszą, nigdy nie grają na tzw. "maxa". Zresztą nasza diasporalna praca młodzieżowa też nie zna jakiejś ustalonej górnej granicy wiekowej, naturalny jest udział studentów. Powiedzmy, że wyjście za mąż lub ożenek stanowią naturalna eliminacje, ale też nie zawsze.

A tak zwani "zawodowcy"?
   Chciałem o tym powiedzieć słów kilka. To demagogia, stosować takie terminy na naszych imprezach. Niektórzy są bardzo dobrzy, inni średni, jeszcze inni po prostu nie startują. Nie mogę sobie wyobrazić zapisu w regulaminie, który wykluczałby tych najlepszych, bo są za dobrzy! Sport bez dążenia do coraz lepszych wyników jest chory. Sport bez rywalizacji i chęci zwycięstwa jest fanaberią. Chcesz być lepszy, ćwicz, nikt tego nie broni! W tym kontekście pada też argumentacja wyznaniowa. Otóż LOS nie jest organizacja wewnątrzkościelną. Jako stowarzyszenie sportowe musi być otwarty dla wszystkich, którzy akceptują linie działania organizacji. Sport ma łączyć i integrować, a nie służyć izolacji. Nie przyłożę ręki do budowy wyznaniowego getta, cały czas tak pracuję duszpastersko, by nie było miejsca na myślenie o "oblężonej twierdzy". Chyba rozumiemy doskonale o co chodzi. Jest jakaś sportowa grupa np. w klasie. Dla przykładu grają po lekcjach w debla, ewangelik i katolik, albo ewangelik i niewierzący, albo ewangelik i zielonoświątkowiec. Nie jestem od tego by dzielić, to co dobrze funkcjonuje na co dzień na płaszczyźnie sportowej. Właściwie śmieję się z faryzejskich adwersarzy, bo co zrobią z sympatykami kościoła, w jakim momencie jeszcze się nie jest, a w jakim już mamy "swojego"? Co począć z jedynie nominalnymi członkami? Zresztą każdą listę reprezentantów akceptuje duszpasterz parafialny. To on ma decydujący i ostateczny głos. On decyduje co służy lokalnej grupie, a co jej zaszkodzi. Trudno mi sobie wyobrazić luterańskiego duszpasterza, który wystawia do składu w piłkę nożną zawodników "Górnika Zabrze", jeśli nie mają nic wspólnego z młodzieżową grupą parafialną lub kościołem.

Czy nie byłoby właściwsze odrębne klasyfikowanie młodziczek, młodzików oraz seniorek, seniorów?
   Kiedyś tak było, ale nie o to chodzi, przecież w interesie ewangelickiego środowiska i szeroko pojmowanego sportu narodowego ważną jest praca od podstaw i od najmłodszego. Wspólną klasyfikacją pobudzamy do pracy z najmłodszymi, bo ten 14 czy 15-latek może przynieść tyle samo radości, co ten starszy, pod warunkiem, ze skorzystamy z oferty i będzie na starcie wystarczająca liczba drużyn czy zawodników, by rywalizację odbyć w sposób ważny z przydzieleniem punktów. Obecnie muszę przyznać, że bywa z tym rożnie, wielka szkoda. Zresztą chcę mocno podkreślić, że Komitet Organizacyjny Olimpiad zawsze maksymalnie sprzyja zawodnikom, rywalizacji sportowej, dba o bezpieczeństwo, skraca czasy gry, ale też wychowuje do właściwych nawyków, czyli nie ma mowy o uproszczonych zasadach sędziowania (sędziów zawsze staramy się mieć najlepszych z możliwych), o mniejszych bramkach, niżej zawieszonych koszach etc. Innym przykładem pozytywnego nastawienia jest często stosowana praktyka odstępowania od przydzielania punktów karnych, np. za niestawienie się na starcie, jeśli tylko nie szkodzi to innym zawodnikom. No bo jeśli wg zgłoszeń rywalizacja miała być przeprowadzona w sposób ważny dla punktacji, a absencja kilku zawodników decyduje o czymś innym, wtedy konieczne są konsekwencje. Często Komitet Organizacyjny obniża względem zapisu regulaminowego o 1 stopień wymóg zaliczenia rozgrywek, jako ważnych i wliczanych do końcowej klasyfikacji, tak wiec na ostatnich olimpiadach letnich musiało stanąć na starcie zamiast minimum 6, tylko 5 drużyn, albo 5 zawodników z minimum 3 parafii. A wszystko po to, by zapewnić jak najwięcej sportowej satysfakcji.

A na koniec o przyjemnościach.
   Cieszy mnie ogromne oddolne ciśnienie w parafiach, by jednak pojechać, by załatwić pieniądze na stroje, obuwie, by regularnie ćwiczyć, potem załatwić autokar... Cieszy mnie, że na letnich olimpiadach nikt nie rozgląda się za nagrodami. Tutaj nie może być miejsca na komercyjne myślenie. Czyli tylko porządne medale. ładne dyplomy, okazałe puchary i na tym koniec. Cieszy mnie, że tak dobrze możemy służyć Kościołowi, niezależnie czy ten ostatni w pełni to rozumie i czy dziękuje. Cieszy mnie, że efektem naszych konsekwentnych działań są liczne lokalne inicjatywy, cykliczne imprezy, że planując zjazd młodzieży, święto parafialne, nawet coroczny Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie na Cieszyńskim, czy w Mrągowie na Mazurach, zawsze jest miejsce na rozgrywki sportowe. Wiele radości przynosi mi też możliwość obcowania z najlepszymi sportowcami wyznania ewangelickiego. Chce być skromny, ale to sukces, że w tym polskim "morzu" mają tyle odwagi, by śmiele powiedzieć, że oni są "wyspą", że dla nich wiara i wyznanie wiele znaczą.

Za dwa tata 10-lecie działalności Luterańskiej Organizacji Sportowej, popularnego LOS-u.
   Aż tyle. Nie liczę tego. Zresztą dla mnie działalność młodzieżowa i sportowa ma znacznie dłuższą historię. Przypominam, że już od 1989 roku organizuję Olimpiady... Przy okazji serdecznie dziękuję moim wspaniałym, oddanym współpracownikom, jest ich wielu i wszyscy są przyjaciółmi. Tak wiele nas łączy, tak niewiele nas dzieli. A to co dzieli zawsze jest konstruktywne! Trudno myśleć o jubileuszach, gdy myśli się nie o nagrodach i zaszczytach lecz o kolejnych imprezach.

Rozmowę przeprowadziła w styczniu 2004 roku
Dominika Sambor

 
rozmowy, wywiady, wspomnienia...