Co według księdza
jest najcenniejsze w działalności LOS-u ?
Jest
wiele takich cennych spraw. Przede wszystkim to, ze LOS nie tylko uruchomił
płaszczyznę oryginalnej współpracy, rywalizacji parafialnej, może czasami
diecezjalnej Kościoła ewangelicko-augsburskiego, ale to, ze wyznaczył
- może dziwną, bo sportową - płaszczyznę wymiernego porównywania pracy
młodzieżowej, pracy z dziećmi w poszczególnych parafiach. Osób niepełnosprawnych
na szczęście mamy w Kościele niewiele, wiec nie wierzę, że są takie
parafie, gdzie dzieci i młodzież to wyłącznie osoby niepełnosprawne,
że istnieje jakaś grupa młodych ludzi zupełnie niewrażliwych na sprawy
sportowe. Wszędzie są chętni, tylko nie wszędzie chce się podjąć tematykę
sportową. Mówiąc uszczypliwie, w jakiś sposób rozumiem takie postawy,
bo aktywność sportowa każdej parafii wymaga dużego nakładu pracy, prawie
zawsze duszpasterza, szukania finansów, organizacji treningów, transportu,
itd. To właściwie jedyne wytłumaczenie, że jeszcze nie mamy przy wszystkich
parafiach kół sportowych. Wielka szkoda, bo ignorowanie tej niebywale
atrakcyjnej formy oddziaływania, czy nawet skupiania i przyciągania
młodych przynosi negatywne żniwo.
Ale proszę zauważyć,
że nasz Kościół liczebnie jest bardzo zróżnicowany. Są tereny, gdzie
jakaś parafia maże mieć więcej członków aniżeli gdzie indziej cala Diecezja.
Ależ oczywiście. Parafie są bardzo rożne. Wiem ze
istnieje pewien "próg wydolności młodzieżowej", poniżej którego nic,
albo prawie nic się nie udaje. LOS od samego początku liczył się z taką
sytuacją. Wciąż stwarza szeroką możliwość rywalizacji w dyscyplinach
indywidualnych. Kiedyś ringo dla tej przyczyny interpretowane było jako
dyscyplina drużynowa, by niewielkie trzyosobowe mieszane składy mogły
wywalczyć większą ilość punktów do klasyfikacji końcowej. Kto wie czy
nie powrócimy do tej praktyki.
Zapewne warto.
Zna ksiądz emocje, jakie wywołują w Kościele Olimpiady?
Oczywiście, jest ich wiele. Po pierwsze jest to normalne,
bo to jest przecież rywalizacja sportowa. Są głosy, że to za duża impreza,
że trzeba rozbudować system eliminacji diecezjalnych lub regionalnych,
by zmniejszyła się liczba uczestników itd. Wiem, że takie eliminacje
są przeprowadzane na płaszczyźnie parafii, by sprostać narzuconym regulaminowo
limitom. Ale już wyżej? Przecież młodzież chce uczestniczyć nie tylko
w eliminacjach, ale przede wszystkim w Olimpiadzie. Na to czeka się
cały rok, lub ostatnio dwa lata.
No właśnie, mówi
się, że to za rzadko, że kiedyś było lepiej, bo co roku.
Kiedyś olimpiady byty zdecydowanie mniejszym przedsięwzięciem,
wtedy było znacznie prościej. Przecież LOS to nie tylko olimpiady, zapraszamy
na zawody, turnieje, nawet międzynarodowe. Obecnie, od kilku lat Olimpiady
Letnie to największe i najtrudniejsze imprezy organizowane w obrębie
Kościoła ewangelickiego. Ale wracając do listy zarzutów: np. że stosujemy
tylko dwie kategorie wiekowe. Trudno! Tam gdzie organizacyjnie jest
to możliwe, od lat stosujemy nawet dziesięć kategorii wiekowych - na
Olimpiadach Zimowych. Na Letnich musza pozostać tylko dwie. Dyskutowana
jest tez granica wieku, rozróżniająca kategorie. Jesteśmy tutaj otwarci
na sensowne propozycje, póki co, po konsultacjach w działaczami sportowymi,
fizjologami i trenerami przyjęty przez nas podział wydaje się być optymalny.
Przypomnijmy, jest
to szesnasty rok życia.
Około, bo dla precyzji zgłoszeń trzymamy się jakiejś
dokładnej daty urodzenia. Dla Olimpiady 2003 roku była to data urodzenia
1.01.1987. Nie możemy też teraz bez dużego wyprzedzenia zmienić tej
granicy, bo trenujący w parafiach kalkulują co do składów drużyn, obsady
dyscyplin na następną olimpiadę. Musimy być poważni.
Gdzieniegdzie słychać
głosy, że powinna być podana górna granica wieku dla startujących.
Uważam to za nieporozumienie, np. na zimowych olimpiadach
startują pięciolatki i siedemdziesięciolatkowie. W gruncie rzeczy nie
chodzi o wyczyn a integracje, zdrowy styl życia, fizyczną mobilizację.
Dla bezpośredniej rywalizacji wiek zawodnika oczywiście ma znaczenie,
ale przy sposobie prowadzenia rozgrywek, skutecznie uciekamy przed kontuzjami,
faulami i praktycznie ci najlepsi jeśli nie muszą, nigdy nie grają na
tzw. "maxa". Zresztą nasza diasporalna praca młodzieżowa też nie zna
jakiejś ustalonej górnej granicy wiekowej, naturalny jest udział studentów.
Powiedzmy, że wyjście za mąż lub ożenek stanowią naturalna eliminacje,
ale też nie zawsze.
A tak zwani "zawodowcy"?
Chciałem o tym powiedzieć słów kilka. To demagogia,
stosować takie terminy na naszych imprezach. Niektórzy są bardzo dobrzy,
inni średni, jeszcze inni po prostu nie startują. Nie mogę sobie wyobrazić
zapisu w regulaminie, który wykluczałby tych najlepszych, bo są za dobrzy!
Sport bez dążenia do coraz lepszych wyników jest chory. Sport bez rywalizacji
i chęci zwycięstwa jest fanaberią. Chcesz być lepszy, ćwicz, nikt tego
nie broni! W tym kontekście pada też argumentacja wyznaniowa. Otóż LOS
nie jest organizacja wewnątrzkościelną. Jako stowarzyszenie sportowe
musi być otwarty dla wszystkich, którzy akceptują linie działania organizacji.
Sport ma łączyć i integrować, a nie służyć izolacji. Nie przyłożę ręki
do budowy wyznaniowego getta, cały czas tak pracuję duszpastersko, by
nie było miejsca na myślenie o "oblężonej twierdzy". Chyba rozumiemy
doskonale o co chodzi. Jest jakaś sportowa grupa np. w klasie. Dla przykładu
grają po lekcjach w debla, ewangelik i katolik, albo ewangelik i niewierzący,
albo ewangelik i zielonoświątkowiec. Nie jestem od tego by dzielić,
to co dobrze funkcjonuje na co dzień na płaszczyźnie sportowej. Właściwie
śmieję się z faryzejskich adwersarzy, bo co zrobią z sympatykami kościoła,
w jakim momencie jeszcze się nie jest, a w jakim już mamy "swojego"?
Co począć z jedynie nominalnymi członkami? Zresztą każdą listę reprezentantów
akceptuje duszpasterz parafialny. To on ma decydujący i ostateczny głos.
On decyduje co służy lokalnej grupie, a co jej zaszkodzi. Trudno mi
sobie wyobrazić luterańskiego duszpasterza, który wystawia do składu
w piłkę nożną zawodników "Górnika Zabrze", jeśli nie mają nic wspólnego
z młodzieżową grupą parafialną lub kościołem.
Czy nie byłoby
właściwsze odrębne klasyfikowanie młodziczek, młodzików oraz seniorek,
seniorów?
Kiedyś tak było, ale nie o to chodzi, przecież w interesie
ewangelickiego środowiska i szeroko pojmowanego sportu narodowego ważną
jest praca od podstaw i od najmłodszego. Wspólną klasyfikacją pobudzamy
do pracy z najmłodszymi, bo ten 14 czy 15-latek może przynieść tyle
samo radości, co ten starszy, pod warunkiem, ze skorzystamy z oferty
i będzie na starcie wystarczająca liczba drużyn czy zawodników, by rywalizację
odbyć w sposób ważny z przydzieleniem punktów. Obecnie muszę przyznać,
że bywa z tym rożnie, wielka szkoda. Zresztą chcę mocno podkreślić,
że Komitet Organizacyjny Olimpiad zawsze maksymalnie sprzyja zawodnikom,
rywalizacji sportowej, dba o bezpieczeństwo, skraca czasy gry, ale też
wychowuje do właściwych nawyków, czyli nie ma mowy o uproszczonych zasadach
sędziowania (sędziów zawsze staramy się mieć najlepszych z możliwych),
o mniejszych bramkach, niżej zawieszonych koszach etc. Innym przykładem
pozytywnego nastawienia jest często stosowana praktyka odstępowania
od przydzielania punktów karnych, np. za niestawienie się na starcie,
jeśli tylko nie szkodzi to innym zawodnikom. No bo jeśli wg zgłoszeń
rywalizacja miała być przeprowadzona w sposób ważny dla punktacji, a
absencja kilku zawodników decyduje o czymś innym, wtedy konieczne są
konsekwencje. Często Komitet Organizacyjny obniża względem zapisu regulaminowego
o 1 stopień wymóg zaliczenia rozgrywek, jako ważnych i wliczanych do
końcowej klasyfikacji, tak wiec na ostatnich olimpiadach letnich musiało
stanąć na starcie zamiast minimum 6, tylko 5 drużyn, albo 5 zawodników
z minimum 3 parafii. A wszystko po to, by zapewnić jak najwięcej sportowej
satysfakcji.
A na koniec o przyjemnościach.
Cieszy mnie ogromne oddolne ciśnienie w parafiach,
by jednak pojechać, by załatwić pieniądze na stroje, obuwie, by regularnie
ćwiczyć, potem załatwić autokar... Cieszy mnie, że na letnich olimpiadach
nikt nie rozgląda się za nagrodami. Tutaj nie może być miejsca na komercyjne
myślenie. Czyli tylko porządne medale. ładne dyplomy, okazałe puchary
i na tym koniec. Cieszy mnie, że tak dobrze możemy służyć Kościołowi,
niezależnie czy ten ostatni w pełni to rozumie i czy dziękuje. Cieszy
mnie, że efektem naszych konsekwentnych działań są liczne lokalne inicjatywy,
cykliczne imprezy, że planując zjazd młodzieży, święto parafialne, nawet
coroczny Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie na Cieszyńskim, czy
w Mrągowie na Mazurach, zawsze jest miejsce na rozgrywki sportowe. Wiele
radości przynosi mi też możliwość obcowania z najlepszymi sportowcami
wyznania ewangelickiego. Chce być skromny, ale to sukces, że w tym polskim
"morzu" mają tyle odwagi, by śmiele powiedzieć, że oni są "wyspą", że
dla nich wiara i wyznanie wiele znaczą.
Za dwa tata 10-lecie
działalności Luterańskiej Organizacji Sportowej, popularnego LOS-u.
Aż tyle. Nie liczę tego. Zresztą dla mnie działalność
młodzieżowa i sportowa ma znacznie dłuższą historię. Przypominam, że
już od 1989 roku organizuję Olimpiady... Przy okazji serdecznie dziękuję
moim wspaniałym, oddanym współpracownikom, jest ich wielu i wszyscy
są przyjaciółmi. Tak wiele nas łączy, tak niewiele nas dzieli. A to
co dzieli zawsze jest konstruktywne! Trudno myśleć o jubileuszach, gdy
myśli się nie o nagrodach i zaszczytach lecz o kolejnych imprezach.
Rozmowę
przeprowadziła w styczniu 2004 roku
Dominika Sambor